Ostatnia podróż życia, której rezultatem było zdanie sobie sprawy, że to, co się wydawało końcem, tak naprawdę okazało się początkiem, w którego przepaść gotowa byłam skoczyć. Zrobiłam to bez wahania, bo ten skok symbolizuje trudy życia, poprzez które kroczysz radośnie niczym, ptak, który nagle Cię zauważa i podlatuje z ciekawością, aby Cię bliżej poznać i puścić do Ciebie oczko 😉 Kroczysz tak śmiało i nieostrożnie, jakby każdy krok był Twoim pierwszym. Kroczysz w euforii widoków, nie zwracając uwagi na nic, ani na niedogodności, ani na otwarty przez całą wędrówkę plecak… I wcale się tym nie przejmujesz, że ukochany Ci o tym nie powiedział, bo wiesz, że tak naprawdę był zajęty zatracaniem się w miłości do Ciebie. Wtedy kroczycie razem, śmiało znieważając porażki, bo wasze umiejętności kolorowania życia są mocniejsze od wszystkiego!

The last journey of life, which its result was to realize, that everything what seemed  the end, eventually turned out into the beginning, and I was ready to stepp into an abyss . I made it without hesitation, because this jump represent life’s labours, and you cheerfully shasay through them, like a bird, who accidentally noticed you and flew near with a curiosity and wanted to get to know you and winked you 😉 You sashay boldly and carelessly, like every step was your first. You sashay in an euphoria of views, not noted on anything or nuicances or even open backpack during all hiking… But you don’t care at all, that your beloved didn’t tell you about it, because you know at bottom he was busy forget himself in love to you. Then you sashay together boldly, insult failures, because your skills of painting the life are stronger than everything!

A przepaści otaczały nas z każdej strony, nieustannie kusząc swym osobistym urokiem i dając jednak do zrozumienia, aby pozostać na ścieżce. Jako zapaleni globtroterzy – nowicjusze, którzy nie boją się żadnych warunków pogodowych, nawet tych, które graniczą z obłędnie szaloną pogodą zagrażającą życiu, wędrowaliśmy przez długie i wysoko położone, gdzieś we włoskich górach 52 galerie. Ta nazwa znaczy nic innego, jak droga 52 tuneli, które zbudowano w czasie I wojny światowej na masywie Pasubio, w Vento, północnej części Włoch. Ma on ponad 6,5 km długości, z czego ponad 2 km dzieli te tunele, wydobyte ze skały. Każdy jest ponumerowany i ma swoją nazwę. Imponujący jest 20-sty, wykuty w wieży skalnej, a aby z niego wyjść trzeba pokonać drogę, która układa się w korkociąg. Czyli nic nowego 😉 W linii prostej około 100 km, a w rzeczywistości chyba z milion, bo droga, która nas prowadziła do tej trasy, wiodła przez, jak zwykle, szalone serpentyny, okalające i zapierające dech w piersiach wzgórza i doliny.
(czy mogę już się tam od razu przeprowadzić?!)

Abysses were surrounded us from everywhere, constantly tempting with their charisma and implying to stay on the path. As a keen globetrotters – rookies, who are not afraid any weather circumstances, even life-threatening ones, we were hiking through long and upland 52 galleries, somewhere in italian mountains. This name means nothing else like a road of 52 tunnels, which were builded during World War One on Pasubio massif, in Vento northern Italy. It has over 6,5 km of length, whence over 2 km devides those tunnels, elicited from rocks. Each is paginated and has its own name. The 20th is impressive, forged in a rocky tower. To come out from it you need make it’s way which is like a corkscrew. That is nothing new 😉 To get to those galleries it is around 100 km as the crow flies, but in the reality it’s like a million, because the road was leading us through crazy switchbacks, surrounding and making you speachless hills and valleys.
(can I already move there?!)

Tiziano zabrał mnie tam, nieświadomą niczego, a widząc tylko na jednym zdjęciu tę trasę, wyobrażałam sobie raczej krótkie tunele, krótką ścieżkę, która zaprowadzi nas, niestrudzonych na ostatni piknik tych wspólnych wakacji. I tak się oczywiście stało, prawie. Zniewalające i obłędnie pyszne wegańskie sushi, to idealna opcja na taką okazję, i jednocześnie poratowanie, po szalenie długiej i wykańczającej drodze. Na pewno przejście jej było o niebo lżejsze, gdybym była tylko świadoma długości tej wycieczki (5h w jedną stronę) i challengu, jaki pogoda nam dosłownie zgotowała. A ja mądra,  ubrałam się cała na czarno, z jeszcze większą ilością warstw w plecaku, na wypadek zimowych warunków…  Ale wcale nie byłam zawiedziona! I patrząc na zdjęcia nie zauważycie mojego niezadowolenia! Bo jak wspomniałam na początku, wyprawa, która była naszą ostatnią, okazała się oczywistym i bezprecedensowym triumfem zadowolenia i wdzięczności Bogu!

Tiziano took me there, unconscious of anything, and seeing this roads on only one picture, I was imaging rather short tunnels, short path, which lead us, tireless, on the last picnic of our common holidays. It happened actually, almost. Captivating and way-out, delicious vegan sushi, is the perfect option for this occasion, and a rescue at the same time, after wildly long and exhausting way. Of course it would be much easier if I was aware of the longness (5h one way) and challenge given by the waaarm weather. Smart me dressed in black clothes, taking more layers in a backpack, just in case of winter weather conditions… But I wasn’t even unsatisfied! Looking on my pictures you will not notice my dissapointment! Because as I mentioned at the beginning, this journey, which was our last, turned out obvious and unprecedented  triumph of satisfaction and appreciation to God!